Przewodnik po parkach w BelfaściePrevious Article
Smocze łodzieNext Article
baner-980px-x-90px
Aktualności
  • Zatrudnienie najwyższe od 1971Poziom bezrobocia w Wielkiej Brytanii jest najniższy od 11 lat, wzrosły również średnie płace. Obecnie zatrudnionych jest 31,81 miliona ludzi - o 560 tysięcy więcej niż rok temu. Dane wskazują także [...]
  • Parlament może zablokować BrexitBrytyjski parlament będzie jednak miał wpływ na Brexit. Rząd Theresy May już nie wyklucza przeprowadzenia głosowania w Izbie Gmin nad rozpoczęciem procedury wyjścia kraju z UE. Zwolennicy pozostania Wielkiej Brytanii [...]
  • Thatcher najgorszaMargaret Thatcher wyprzedziła Davida Camerona w niechlubnym rankingu na najgorszego premiera Wielkiej Brytanii. W plebiscycie przeprowadzonym przez związek pisarzy zajmujących się historią nie było gorszego polityka na czele brytyjskiego rządu [...]

Magazyn dla Dorosłych i Dzieci w Irlandii Północnej – zapraszamy do lektury!

Weather Report ,
0°C

5 pytań: Czuję, że to jest mój dom!

Interlinia+- AWielkość czcionki+- Wydrukuj artykuł
5 pytań: Czuję, że to jest mój dom!

Hobby, zainteresowanie, pasja

Dorosłe życie sporo zmienia w tej materii, ale nie wyklucza całości. Lata świetlne temu – elektronika. Składanie różnych bzdurek, lutowanie, tworzenie czegoś, co na co dzień nie było dostępne. To jeszcze czasy szkoły podstawowej i wrocławskiej giełdy elektronicznej w Kazamatach. Tata nauczył mnie lutować, dwóch wujków służyło pomocą. Jeden z nich pracował w ówczesnych zakładach Diora, drugi w serwisie TV. To były czasy, kiedy naprawienie telewizora, czy zbudowanie samemu wzmacniacza do gitary się opłacało. Teraz kupuje się nowy sprzęt, za 3-4 lata on się zepsuje i znów kupuje się nowy. Dzięki zdobywanym tanio częściom elektronicznym, kontakcie ze studentami i starymi wyjadaczami handlującymi elektronika, można było naprawdę sporo zrobić samemu. Wystarczył czas, samozaparcie i trochę chęci. Tak naprawiłem sobie stary, czarno-biały telewizor Junost, z radia Giewont zrobiłem wzmacniacz do gitary, złożyłem podsłuch i podłożyłem go… szkolnej dyrektor, za co dostałem 5 z ZPT (Zajęć Praktyczno-Technicznych), bo dla innych nie lada wyczynem było złożenie prostego przerywacza do latarki.

Potem był rower. Jazda na rowerze była czymś codziennym. Więcej jeździłem niż chodziłem. Każda górka, murek czy nawet klatka schodowa była idealnym miejscem na zabawę. Od wyskoków, po zjazdy z 5. pietra starej kamienicy. W końcu „downhill”. W końcu dosyć konkretnie połamałem rower, a i jak mnie już pozaszywali, to już nie było to samo, co kiedyś. Czas leciał. Był to czas liceum. Miałem już wtedy pracę, postanowiłem kupić własne cztery kółka. Tak jak wielu kumpli z tamtych lat, chciałem „malucha”. Problem polegał jednak na tym, że te nowsze, lepsze, były za małe. Pierwszy i drugi bieg wrzucałem podnosząc nogę, bo drążek był za blisko kolana. Starsza wersja fiata 126p jakoś mnie nie przekonywała. W końcu, pewnego dnia, bardziej dla śmiechu zadzwoniłem do faceta, który sprzedawał Trabanta 601, tzw mydelniczkę. Sporo ludzi gardziło tym samochodem. „Pech” chciał, że auto stało w garażu i z otwartym bagażnikiem. Pierwsze co zobaczyłem, to wielka przestrzeń w całkiem niewielkich rozmiarów aucie. Stałem się posiadaczem szarego Trabiego. Było auto, nie było jednak pieniędzy na ubezpieczenie go. Stał na podwórku przez dwa miesiące, bo jak się okazało, najtańsze ubezpieczenie było o 9zł droższe niż auto! Potem było już z górki. Zaczęły się zloty, utworzenie wrocławskiego oddziału klubu Cartoon Trabant. To wszystko istnieje do dziś. W tak zwanym „międzyczasie” pojawiła się też fotografia, ale to już znacznie dłuższa historia. Stad między innymi powstało Polskie Studio Fotograficzne w Belfaście, choć bardziej lubię po prostu nazwę „Studio Belfast”, bo jest dla wszystkich.

List czy Facebook?

To zależy od sytuacji. Konsekwentnie jednak unikam instalowania aplikacji FB na moim telefonie, przez co niektórzy mają pretensje, że nie odpowiadam od razu, a po paru godzinach, czy nawet dniach. List? Jeśli chodzi o pocztę, taką zwykłą pocztę, nazwijmy ja „analogowa”, to tylko do wysyłania paczek. List oznacza dla mnie e-mail. Mamy XXI wiek. E-mail można wysłać praktycznie z każdego miejsca, choć na szczęście (lub nieszczęście), są jeszcze takie miejsca, gdzie internet nie dotarł. Nawet tu w Północnej Irlandii, czy też w Republice. Takie miejsca są potrzebne. Jeśli mam dostęp do internetu, a zwykle mam i nawet mam „zapasowy dostęp”, to będę go używał. Proste na pozór pytanie „list czy facebook”, a jego rozwinięciem jest choroba obecnych czasów. Oddech zatrzymuje się wraz z brakiem dostępu do sieci. Nie umiem przestać, pracuję przez to cały czas. Lubię to, ale czasem to męczy. „Odłączam się” jak już organizm nie daje rady. Jest chwila strachu, brak oddechu, a potem… nie list, a spotkanie, rozmowa. Najchętniej przy dobrej whisky.

Muzyka, gatunek, koncerty, płyty.

To temat na książkę, albo co najmniej na telenowelę. Wyobraź sobie serial na BBC – „Muzyczne Perypetie Łukasza”. W „epoce kamienia łupanego” [czyt. kiedy bylem w podstawówce], byłem… DJ-em. Prowadziłem przez kilka ładnych lat wszystkie szkolne dyskoteki. Nie tylko te klasowe, ale całej szkoły. Dyrekcja tylko mnie wydawała szkolny sprzęt. Bywały sytuacje, że inne klasy musiały ze mną uzgadniać czy mogę przyjść do nich i pomóc ze sprzętem lub poprowadzić dyskotekę. Potem przyszedł Punk Rock. Dzięki nauczycielowi od muzyki (tak, był kiedyś taki piękny przedmiot w szkołach, a klas było wtedy 8) poznałem Dezertera. Nie tylko z płyt, ale i na żywo. Od 1997 roku widuje się z chłopakami na każdym koncercie, na który jadę. Kiedyś jako słuchający, teraz jako… fotograf koncertowy. Klimat został ten sam, zmienił się tylko basista. Surowa muzyka, zadziorne i niezwykle prawdziwe teksty. Zaangażowane politycznie, życiowe, brutalne, opisujące prawdę. Sam zresztą też grałem przez jakieś 10 lat. Punk rock, trochę metalu, a i nawet bluesowe jamowanie. Osobiście, prywatnie, obecnie głownie metal, ciężki rock, ale i jazzem czy muzyka klasyczną nie gardzę. Lubie eksperymenty. Folk-metal, covery popowych popularnych piosenek w wersjach metalowych, to co wywołuje uśmiech. Standardowej radiowej papki po prostu nie znoszę. I kto by pomyślał, ze to m.in. ja stoję za imprezami Lisburn Party Nite. Klubowo i discopolowo podczas imprezy, podczas powrotu do domu Farben Lehre, Włochaty, Nightwish, Leszek Cichoński i wszystko co ma dobre, przesterowane dźwięki gitarowe.

Szklanka do połowy pełna, czy do połowy pusta?

Gdyby szklanka była do polowy pusta, to bym nie doszedł do tego miejsca, w którym jestem teraz. Fakt, były momenty sporego zawahania, niepewności i utraty wiary w siebie, ale udało się. Szklanka jest do połowy pełna, a teraz staram się ją napełnić do końca. Czy się uda? Zobaczymy. Kilka lat temu zmieniłem pracę. Chciałem czegoś więcej. Przeszedłem przez różne stanowiska w jednej firmie. O ile praca na magazynie była takim przystosowaniem się do nowego otoczenia, to późniejsza praca z klientami sprawiła, że musiałem język łapać jeszcze szybciej i zacząć rozumieć wszelkie odmiany akcentów. Obecnie prace mam dwie. Jedna z nich to kompleksowe usługi związane ze ślubami i imprezami. Nagłośnienie, DJ-e, fotografia i wideo. Do tego zdjęcia w studio, ale i cały marketing, grafika, organizacja, słupki, statystyki i wszystko co w biznesie pomocne. To jednak są drobnostki. Konkrety zaczynają się przy pracach w jednej z firm pochodzącej z Belfastu, a mającej swoje oddziały w Londynie (gdzie spędzam też sporą część czasu), Nowym Yorku i San Francisco. Świetna praca, rewelacyjny team, genialna atmosfera, kultura i zlecenia wykonywane dla największych firm rynku (głownie) amerykańskiego. Ośmielę się zaryzykować stwierdzenie, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że dziś używałeś jednego z produktów, przy którym pracowałem. Ba! Oglądając TV, miałeś pewnie szanse tez widzieć część tej pracy i to w 18 krajach (w tym Polsce). Zwykle jest to praca „z tylu”. Serwery, sieci, oprogramowanie, zarządzanie bezpieczeństwem i stabilnością usług oraz utrzymanie ciągłości pracy całego teamu.

Miejsce

Tu nie ma jednej odpowiedzi. Jest sporo miejsc, które lobię i które chciałbym mieć możliwość poznać i polubić. Kiedyś powiedziałbym Góry Sowie i Stołowe. Spory kawał życia tam spędzony, praktycznie każdy metr kwadratowy nadepnięty przynajmniej raz. Tam właśnie nauczyłem się grać na gitarze, tam miałem największą frajdę jeżdżąc na sankach, tam uwielbiałem wychodzić na szlak z rana i wracać jak się ściemni. Jakiś czas temu wróciłem tam po latach. Przyjemnie było to wszystko odwiedzić raz jeszcze, ale jakoś nie było już tego, co kiedyś. Więcej komercji, bardziej rozwinięta turystyka. Miejsce w sercu jednak wypełnił… Belfast. Przyjechałem tutaj „na wycieczkę”. Miało być na dwa miesiące, od tak pozwiedzać, zarobić coś przy okazji i wrócić. Wyjazd się udał, zarobić się udało, wrócić już nie i nie zamierzam. Przyjeżdżając tutaj, tak jak wielu, nie miałem pojęcia o The Troubles, o tym, że to właśnie tutaj zbudowano Titanica, czy nawet De Loreana, którego wtedy znałem tylko z trylogii „Powrót do przyszłości”. Chęć poznania tego kraju, a co najważniejsze zrozumienia lokalnego akcentu, sprawiła, że zacząłem kopać głębiej i jeszcze głębiej. Najpierw zwiedzałem na rowerze, potem zacząłem robić zdjęcia, a na koniec tego pchać się z aparatem na… zamieszki! Tak, Ardoyne i wschodnia cześć Belfastu stały się lipcowymi punktami „must go”. Aparaty w torbę, baterie naładować, iść, obserwować, rozmawiać. Tak, to nie same zdjęcia. Cała przyjemność leży nie tylko do dobrych kadrach, ale i w rozmowach. Inny akcent sprawia, ze ludzie są bardziej otwarci. Pamiętam jak wraz z grupką fotoreporterów staliśmy na Newtownards Road za policyjnym Land Roverem. Rok 2011, wszyscy robiliśmy zdjęcia z dosyć sporej odległości, bo wszędzie latały cegły, kamienie, kawałki krawężników i koktajle Mołotowa. Jeden z nas chciał mieć lepsze zdjęcia. Wyszedł o 50m do przodu i… został postrzelony. Na całe szczęście tylko w nogę. Od tamtego też czasu, na każde takie zdjęcia zabieram kask. Nie tylko ja. Miłość do tego miejsca jednak nie przeminęła. Czuję, że to jest mój dom.


Łukasz Ludziejewski – na co dzień administrator systemów, popołudniami marketingowiec, czasem fotograf, zawsze tata. Na emigracji 10 lat, choć czy to dalej emigracja? Oprócz standardowej pracy, prowadzi/współprowadzi kilka projektów. Zwykle niewidoczny, za ekranem komputera, aparatu lub kamery. To m.in. Lisburn Party Group (www.lisburn.pl), TEK2COLLECTIVE (www.tek2.com). czy OhVibe (www.ohvibe.co.uk). Lisburn Party Group skierowane jest do polskiej społeczności. To imprezy z polską muzyką, dodatkowo organizacja weseli w polskim stylu, gdzie oferta obejmuje DJ-a, wodzireja, nagłośnienie, oświetlenie, efekty specjalne, fotografa, a nawet kamerzystę. TEK2 skierowane jest bardziej do lokalnej społeczności. Muzyka trance, dance i wspaniali DJ-e (DJ Famos, ChrisWoo i E’B’A’H-K). To oni tworzą ten mega klimat. Do powstania OhVibe powstało z inicjatywy lokalnego DJ-a, który to zapragnął innego spojrzenia na promocje eventów. Wszystkie te projekty mają jeden wspólny mianownik – integracja. Na każdy event zapraszani są wszyscy, bez względu na kraj pochodzenia. Udało się dzięki temu ściągnąć nawet protestancka społeczność do katolickiego klubu! Prywatne osiągnięcia – wspaniała rodzinka.

0 komentarzy

Brak komentarzy Artykuł nie był jeszcze komentowany

Dodaj komentarz

Jako pierwszy Dodaj komentarz !

Only registered users can comment.

5 pytań

5 pytań: Wszyscy jesteśmy szaleni!

5 pytań: Wszyscy jesteśmy szaleni!   0

W tym dziale prezentujemy naszym czytelnikom ciekawe osoby, żyjące w Irlandii Północnej. Spośród 20 pytań, nasz rozmówca wybiera 5 i odpowiada na nie. Zapraszamy do lektury!   5 pytań: Wszyscy jesteśmy szaleni! Kuchnia Słysząc [...]

Panel użytkownika

Aktualne wydanie Naszego Expressu

Zapisz się do naszego newslettera!

Banner
Banner
Banner
Banner

Znajdź nas na Facebook’u

error: Zawartość strony jest chroniona!