The Holestone czyli megalit zakochanychPrevious Article
Kto jest kim w NI? - Czekoladowa gwiazda Hans SloaneNext Article
Aktualności
  • Felieton: Świąteczny koszyczek Babci TeddyWielkanoc już niebawem, więc nadszedł czas na przygotowanie koszyczka wielkanocnego, czyli popularnej święconki. Gdy tylko moje wnuki usłyszały, o szykowaniu koszyczka, zaczęły znosić mi zabawki, ukochanego misia, ulubioną lalkę, jajko [...]
  • Modelka z tysiącem pasjiJest modelką odkąd miała 18 lat. Od ponad 10 lat mieszka w Irlandii Północnej. W tej chwili jest na urlopie macierzyńskim, ale nawet teraz jest bardzo zajętą osobą. Z Lidią [...]
  • Pocztówka z Belfastu – Dorota SkupniewiczPocztówka z Belfastu wykonana przez: Dorota /dorotes/ Skupniewicz - „dziecko” pokolenia grubej kreski, czyli rocznik 1989, w Belfaście od września 2018. Jestem animatorką, ilustratorką i macham też piórem - czytaj: piszę. [...]

Magazyn dla Dorosłych i Dzieci w Irlandii Północnej – zapraszamy do lektury!

Ferie w Czarnobylu

Interlinia+- AWielkość czcionki+- Wydrukuj artykuł
Ferie w Czarnobylu

Zaczęło się niewinnie, lata temu. Oglądanie zdjęć z różnych opuszczonych miejsc, kościołów, domów, zapomnianych parków. Nadeszła pora aby w końcu pójść dalej. Impuls nadał Jarek. Jedziemy na Ukrainę, do Czarnobyla. W nieznane, nie znając zupełnie cyrylicy i nie do końca wiedząc na co się piszemy.

Pierwsze koty…

Na początku była oczywiście wymiana maili z Jurkiem – lokalnym “załatwiaczem wszystkiego”. Skany paszportów, żeby załatwić przepustki do “Exclusion Zone”. Czerwona lampka zapala się w głowie – ale jak to? Skan paszportu emailem? Zero szyfrowania? Zero bezpieczeństwa? Nie ma innej opcji, formalności trzeba załatwić wcześniej. Nie daje za wygraną. Na skan wstawiam znak wodny z informacją, że skan ma służyć tylko w celach wycieczki i  żebym nie dostał przypadkiem informacji o kredycie, o którym nic nie wiem, a mam spłacać. Bilety załatwione, wszystko ustalone, przychodzi czas wyjazdu. W mailu informacja, że warto zabrać gotówkę, bo o ile bankomaty są, to niekoniecznie muszą działać. Wylot mamy z Dublina. Lecimy do Kijowa przez Frankfurt. Cała podróż nie trwa długo. Na miejscu czas przestawiony o dwie godziny do przodu. 

Pierwsze co nas wita, to SMS od operatora sieci komórkowej. Rozmowy przychodzące £1.25/min, wychodzące ponad £3/min, a 1MB danych aż £6. Zwykłe wejście na Facebooka może słono kosztować, a wysłanie “selfika” z lotniska może przekroczyć £20! Bez internetu jak bez ręki, ale biorąc pod uwagę opłaty roamingowe, nie ma opcji, żeby użyć karty SIM z UK. Przy wyjściu z lotniska znajdują się trzy stoiska. Każde z nich to mała lada, z tyłu stojący baner z reklamą operatora komórkowego i krzesełko z panią sprzedawczynią. Informacje w większości pisane… cyrylicą. Niewiele nam to mówi, ale część małych opakowań z kartami SIM jest już i po ukraińsku i po angielsku. Młoda sprzedawczyni zna angielski. Nie jest źle. Nielimitowany internet, wielki pakiet rozmów i SMS-ów. Cena – 250UAH (UAH – hrywna, czyt: griwna). Przeliczam na funty i wychodzi lekko ponad… £7.

Kijów

Nasz pierwszy przystanek to Hotel Ukraina na Majdanie. Jedziemy najpierw autobusem, potem metrem. Metro niczym w Londynie. Różnica tylko w stacjach. Na każdej z nich piękne żyrandole. Za przejazd można płacić kartą, a nawet Apple Pay. Cena? 26 pensów. Można jeździć cały dzień, o ile się nie wyjdzie “na górę”.

Na Majdanie wita nas piękny widok. Wielki hotel na górze, jacyś ludzie zbierający na żołnierzy, na cokolwiek, byle dać pieniążka. W recepcji, za wielką ladą wita nas młoda pani, której fryzura zatrzymała się na modzie lat 90. Umeblowanie holu też pamięta tamte czasy. W naszym pokoju stary telewizor CRT. Przypominają się czasy dzieciństwa. Rano, w wielkiej hotelowej restauracji śniadanie. Z okna widzimy już samochód z naszym kierowcą i drugą osobą dopełniającą formalności. Anton – nasz kierowca – nie rozmawia po angielsku. Drugi Anton wyjaśnia co i jak, instruuje pierwszego Antona i daje nam licznik Geigera.

czer2

Droga do Strefy Wykluczenia

Tak jak każde miasto, Kijów jest piękny w centrum. Boczne uliczki nie wyglądają już tak cudownie. Drogi? Jednym słowem tragedia. Najgorsza droga w Północnej Irlandii, jest tą najlepszą na Ukrainie. Można zaryzykować stwierdzenie, że drogi występują pomiędzy dziurami. Siadam z przodu, będę robił zdjęcia z samochodu. Próbuje zapiąć pas. Z tyłu Jarek parska śmiechem, Anton patrzy na mnie jak na wariata. To Ukraina – mówi Jarek – tu nikt nie zapina pasów. Rozglądam się po samochodzie. Pełnoletnia Skoda Fabia, “dopiero” 350 tysięcy km przebiegu (albo 1.35mln kilometrów – lepiej nie wiedzieć), kierownica posklejana taśmą izolacyjną, wszystkie szyby (oprócz przedniej, pękniętej zresztą) przyciemnione conajmniej w 80%, plastikowy, tandetny podłokietnik z… imitacją skóry krokodyla.

Dwie godziny później jesteśmy przy wjeździe do strefy. Wygląda to jak granica z innym państwem. Szlabany, służba mundurowa i… sklep z pamiątkami i lodami. Dajemy paszporty do sprawdzenia, dostajemy “papiery”. Tu już informacje również po angielsku. Dołącza do nas przewodnik. Po strefie nie można poruszać się samemu. Dokładniej mówiąc po Strefie 1, bo w Strefie 2 toczy się normalne życie. Jest muzeum, sklep, restauracja, hotelik i kilka nadal działających firm.

Czarnobyl

Marzenie się spełnia. Mijamy znak CZARNOBYL. Murowany, wielki, pamiętający czasy świetności tego miejsca. Zatrzymujemy się po drodze, Jarek rozmawia z przewodnikiem, ja zwykle znikam z aparatem. Stare, walące się domy, zwłoki Łady, biblioteka z piękną salą ze sceną. Ścieżka pamięci. Bardzo duża ilość znaków z nazwami okolicznych wiosek “zmiecionych” przez wybuch. Nie! To nie tak, jak na filmach. Wioski przestały istnieć z powodu bardzo dużego promieniowania. Niemożliwe do ponownego zamieszkania zostały “spisane na straty” i zburzone przez wojsko.

Zatrzymujemy się przy lesie. W nim mały, parterowy budynek przedszkola. Buciki, zabawki, łóżeczka do leżakowania. Wszystko zostało. Straszy. Dalej elektrownia ChNPP. Cztery reaktory, jeden zakryty sarkofagiem, dwa pozostałe w budowie. Ich już nigdy nie skończą. Wchodzimy do wieży chłodniczej. Potężne echo. Jarek daje się ponieść emocjom i krzyczy na całe gardło. Echo powtarza to kilka razy. Jesteśmy około kilometra od miejsca eksplozji. Czujnik Geigera pokazuje tu większe promieniowanie, ale nadal bezpieczne dla naszego zdrowia. Przewodnik jednak pokazuje nam metalową pokrywę, prosi by podać mu dozymetr. Ten praktycznie od razu włącza alarm. Promieniowanie ponad trzydzieści razy większe. Wystarczyło parę kroków! Nie zostajemy tam długo. Dłuższy pobyt w tym miejscu może się zakończyć chorobą popromienną.

Elektrownię zwiedzamy kolejnego dnia. Procedura wejścia jak za dawnych czasów. Telefon “do kierownika”. Prawie taka jak na lotnisko. Czujnik metalu, sprawdzenie paszportów. Za każdym razem sporo “papierologii” i tłumaczenia kto, skąd, od kogo i dla czego. Dostajemy ubranie ochronne. Czepki, buty, fartuchy, nakładki na buty, a nawet maski. Do tego kurtki. Na każdej z nich jeszcze napis 3CP. Zwiedzamy centrum dowodzenia, gdzie zbierał się sztab kryzysowy i najwięksi oficjele. Obok jest “safe room”. Na ścianie czujnik promieniowania na bieżąco informuje czy jest bezpiecznie. Przechodzimy przez różne pokoje dla pracowników, z różnymi rodzajami dozymetrów używanymi na przestrzeni lat. Osoba,  która nas oprowadza informuje o zakazie palenia. Przechodzimy na piętro, przedzieramy się przez chmurę dymu. Kotłownia? Nie. Zakaz palenia jest dla zwiedzających, pracownicy palą. Na biurkach nadal popielniczki. Zwiedzamy pokoje kontrolne. Najpierw reaktora drugiego, potem reaktora trzeciego.

czer4

Część sprzętu nadal działa i kontroluje sytuację wewnątrz reaktorów. Cała elektrownia, pomimo że nie produkuje obecnie prądu, to pobiera go z sieci elektrycznej, żeby podtrzymać wszystkie systemy bezpieczeństwa. Do niektórych paneli można podejść, krytyczne są odgrodzone barierką lub taśmą. Dalej dochodzimy do “memorial hall”. Płaskorzeźba na ścianie.

Nasze czujniki Geigera ogłaszają alarm. W niektórych miejscach promieniowanie wzrasta z każdym krokiem, zostajemy zatem poinstruowani o konieczności założenia masek. Dochodzimy do turbin. Kilka zdjęć i wychodzimy. Całe zwiedzanie elektrowni to około cztery godziny.  Na koniec przyjeżdża po nas autobus. Jego stan i wygląd sugerują datę produkcji na lata 70. W środku charakterystyczny dla dwusuwowych Trabantów zapach oleju. Jedziemy na stołówkę pracowniczą. Tam, razem z pracownikami elektrowni obiad, a później odwiedziny “pokoju wdzięczności”. To inny budynek. Pomimo, że jesteśmy jakieś 70 metrów od miejsca eksplozji, promieniowanie około 1mSw (bardzo małe, takie samo występuje często nawet w Belfaście). Jest to efektem ciężkiej pracy i wywiezienia setek ton skażonej ziemi i zwiezienia w to miejsce nowej, czystej, nienapromieniowanej. Z okna widać sarkofag, pracowników elektrowni. W pokoju tablice informujące o tym, jakie kraje przyłączyły się do projektu neutralizacji efektów wybuchu i makieta reaktora. Tu doskonale widać co się stało, co zostało uszkodzone. Wszystko dopracowane w najmniejszych szczegółach.

Miasto duchów

26 kwiecień 1986, wybuch. Na początku nie było paniki. Wybuch, trzeba “posprzątać”. W akcję włączają się pracownicy ChNPP, Straż Pożarna z Prypeci. Na początku nie ma paniki, wszystko wydaje się być pod kontrolą. Energia atomowa na dodatek jest uważana za czystą i stanowczo różniącą się od tej z bomb atomowych. Rzeczywistość bardzo szybko pokazuje, że to tak samo niebezpieczne promieniowanie. 

czer3

Prypeć – jedno z najbogatszych w tym czasie miast, zamieszkałe głównie przez pracowników elektrowni zostaje ewakuowane. Wystarczy 30 godzin. Mieszkańcy informowani są, że to tylko na okres 2 tygodni i będę mogli wrócić jak jak już będzie bezpiecznie i będzie wiadomo jakie są skutki wybuchu. Problem okazuje się być znacznie większy. Miasto zostaje całkowicie puste. Po czasie pojawiają się szabrownicy. Zabierają napromieniowane rzeczy i wywożą ze sobą. To bardzo duże zagrożenie, więc wojsko postanawia z tym walczyć i sami wywożą wszystko, co się da i składują w bezpiecznych od ludzi odległościach.

Wesołe miasteczko. Zardzewiałe koło diabelskie, karuzela, zniszczone samochodziki elektryczne. Wyobraźnia płata figle. Dzieci, szczęśliwe rodziny, a za chwilę pustka, jedynie szum wiatru, żadnej żywej duszy. Wyznania miłości na zardzewiałych elementach konstrukcji. Hotel, supermarket, widać jeszcze miejsca, gdzie stały kasy, lady chłodnicze, porzucone szpileczki, wózek sklepowy. 

Jedziemy dalej. Tym razem szkoła. To w niej pozostawiono tysiące masek, których używano podczas akcji oczyszczania. Nieziemski, przerażający widok. Nie tylko tam. Maski wiszą czasem na latarniach. Kasa sklepowa, obudowa telewizora, przyrządy szkolne, książki, tablice informacyjne, gazetka szkolna, ławki, porozrzucane książki, itd, itp.

Basen, na nim skocznia. To jeden z dwóch, które mamy okazję zwiedzić. Duży, pusty, z wielkimi oknami obecnie bez szyb. Niegdyś tętniło tu życie, dzisiaj panuje przerażająca pustka. Drugi basen, malutki, w przychodni, jeszcze z wodą. Jest zima, temperatura koło zero stopni Celsjusza, zamarznięty. To tutaj testowano różne roboty, które później miały pracować przy usuwaniu skutków wybuchu.

Jest zakaz wchodzenia do budynków. Wydano go w 2012 roku. Związane jest to głównie z ich stanem technicznym. Ja wiecznie znikam z aparatem. W końcu przewodnik zauważa co się dzieje. Jarek jest tym, który z nim rozmawia o historii tego miejsca, ja tym który robi zdjęcia, niekoniecznie tam, gdzie można. W końcu dochodzi do “poważnej rozmowy”. Obaj chcielibyśmy zobaczyć miejsca, w które nie można oficjalnie wejść. Jarek bierze sprawę w swoje ręce i “zgodnie z ukraińską tradycją i lokalnymi zwyczajami” załatwia nam możliwość wejścia wszędzie, gdzie chcemy. 

czer1

Zwiedzamy kino, miejsce, gdzie składowane są pianina, pozostałości telewizorów. Warsztat samochodowy, kanały rewizyjne. Na budynkach postawione… samochody ciężarowe. To tradycja. Czasem stawiane są tam i używane jako dodatkowy magazyn, czasami tylko jako ozdoba. W szpitalu wchodzimy na pierwsze piętro. Pozostałości wskazują na oddział położniczy. Malutkie, puste, zardzewiałe łóżeczka, porodówka, karty pacjentów, wziernik. W innych salach pralki przemysłowe, kuchnia, gabinety przyjęć. 

Najbardziej znana kawiarnia, niegdyś tętniące życiem miejsce spotkań, w parku, nad brzegiem sztucznego jeziora. Piękne, kolorowe witraże. W oddali lekko podtopiony, trzymany przez lód stateczek i żurawie dźwigów. W 1986 chciano je ratować przed promieniowaniem. Budowano ścianę je osłaniającą, myto, czyszczono na wszystkie sposoby. Na początku można było w nich pracować maksymalnie 10 minut. Ostatecznie doczyszczono do stanu, gdzie jeden pracownik mógł obsługiwać żurawia przez godzinę. Ogłoszono sukces. Pracowników jednak było zbyt mało i nawet pełna godzina pracy nie była wystarczająca. Ostatecznie zostały porzucone.

Z dachu szesnastopiętrowca widać całe miasto. To jeden z pięciu najwyższych budynków Prypeci. Stąd nadajemy “live” na Facebooku. Ot, czyste szaleństwo XXI wieku. Mocno wieje. Schodzimy niżej. Z okien widać sarkofag. To zaledwie 3km dalej. Małe, puste mieszkania. W niektórych nadal kuchenki, stare meble, mocno zniszczone. Odchodząca ze ścian farba, otwarty szyb windy, powyrywane ze ścian kable. Idealne miejsce na nocleg. Marzymy by “zgubić się” tu na tydzień. Jest jeszcze tyle miejsc do zwiedzania, a tak mało czasu! Dwa dni w strefie to zdecydowanie za mało (jak dla nas).

Десятка [czyt: dziesiątka], to miejsce naszego noclegu. Tak! W strefie znajduje się czynny malutki hotelik, właściwie pensjonat. W porównaniu z wielkim hotelem na Majdanie, tutaj dotarła cywilizacja. Płaski telewizor na ścianie, nowszy wystrój, tak samo pyszne jedzonko. Jest i bar.

Czy to bezpieczne?

Bezpieczeństwo w strefie zależy od fantazji zwiedzającego. Mając przy sobie licznik Geigera, trzeba się postarać, żeby zrobić sobie krzywdę. Przewodnik bez problemu i z wielką przyjemnością informuje co można, czego nie można, co warto zobaczyć, a nawet gdzie stanąć samochodem, żeby uniknąć niepotrzebnego niebezpieczeństwa. Zdecydowana większość miejsc ma naprawdę bardzo małe promieniowanie, a tam gdzie jest ono wyższe, po prostu nie zostaje się zbyt długo. Osoba, która nas oprowadzała, robi to już ponad 19 lat i żadnych skutków ubocznych nie widać. Nosząc ze sobą dozymetr i pod czujnym okiem przewodnika, nie ma opcji, by stało się coś złego.

Co krok 10mSw więcej! Stoimy przy murowanym znaku Prypeć. Jesteśmy na asfaltowej drodze. Wystarczy zrobić krok i promieniowanie wzrasta i to znacznie mocniej niż w innych miejscach. To okolice “Czerwonego Lasu”. Nazwany tak został z okazji czerwonego zabarwienia po otrzymaniu silnej dawki promieniowania. W chwili obecnej, 33 lata po tragedii, stracił już ten kolor. Natura pięknie sobie poradziła. Żyją tam także lisy i inne zwierzęta. Wysokie promieniowanie jednak pozostało, więc to teren niedostępny dla ludzi. Nie jest ogrodzony. Chronią go jedynie znaki informujące o promieniowaniu. Radiacji nie da się poczuć. Nie w tych dawkach. Wchodząc tam bez odpowiednich czujników, nie da się powiedzieć kiedy i gdzie jest niebezpiecznie. To dokładnie tak samo jak z tlenkiem węgla. Nie czuć, nie widać, potrafi zabić. Tu różnica jest taka, że to nie tylko o wdychane gazy chodzi, choć też jest to pewną częścią składową. Wdychane pyły mogą być radioaktywne, dlatego zaleca się jeździć tam zimą, kiedy to jest najmniejsze zapylenie. Dotykanie skażonych przedmiotów jest zdecydowanie złym pomysłem.

Będziemy świecić po wyjeździe?

Zdecydowanie nie! Nie na tym polega napromieniowanie. Podczas załatwiania wstępu do strefy, a właściwie wszystkich trzech stref, powiadomiono nas o konieczności zabrania ze sobą obuwia na zmianę. Wszystko po to, by do domu nie wracać boso. Istnieje bowiem ryzyko, że chodząc po silnie napromieniowanej glebie, część z tego promieniowania przeniesie się na buty i będziemy je musieli tam zostawić. To samo dotyczy każdej innej rzeczy, dlatego kładzenie aparatów na ziemi, opieranie się o ściany i ogólnie jakikolwiek fizyczny kontakt z rzeczami w strefie nie jest wskazany.

Każdy wyjazd z “zony” wyglada jak granica państwa. Wielkie bramki dla pojazdów na podjeździe do szlabanu i kilka bramek dla ludzi. Najpierw przejeżdża się autem, później idzie do budynku obok, gdzie przechodzi się przez bramki. Nie sprawdzają one jednak czy mamy przy sobie elementy metalowe (takie są tylko przy głównym wejściu do elektrowni), ale czy nie zostaliśmy zbytnio napromieniowani. W przypadku gdyby tak się stało, każdy element naszej garderoby byłby sprawdzany osobno, a my poddani dekontaminacji. 

Czy warto? TAK! Za jakiś czas tam wrócimy po więcej wrażeń, więcej zdjęć i dodatkowo z kamerą. 

W wycieczce udział wzięli: Jarosław Buchar, Łukasz Ludziejewski

Zdjęcia: Łukasz Ludziejewski (www.polskiestudio.co.uk)

0 komentarzy

Brak komentarzy Artykuł nie był jeszcze komentowany

Dodaj komentarz

Jako pierwszy Dodaj komentarz !

Only registered users can comment.

Inne_Czytelnia

Felieton: Świąteczny koszyczek Babci Teddy

Felieton: Świąteczny koszyczek Babci Teddy   0

Wielkanoc już niebawem, więc nadszedł czas na przygotowanie koszyczka wielkanocnego, czyli popularnej święconki. Gdy tylko moje wnuki usłyszały, o szykowaniu koszyczka, zaczęły znosić mi zabawki, ukochanego misia, ulubioną lalkę, jajko [...]

Panel użytkownika

Banner

Aktualne wydanie Naszego Expressu

Zapisz się do naszego newslettera!

Banner
Banner
Banner
Banner

Znajdź nas na Facebook’u

error: Zawartość strony jest chroniona!