Vademecum miłośnika zwierząt (domowych)Previous Article
„City break” w Wiedniu na wiosnę?Next Article
Aktualności
  • BREXIT – pomoc polskiego rządu3 marca 2019 w Konsulacie RP w Belfaście odbyło się spotkanie z przedstawicielami polskiego rządu, który reprezentowali: Kazimierz Kuberski, Podsekretarz Stanu, Robert Wójcik, Dyrektor Departamentu Koordynacji Systemów Zabezpieczenia Społecznego Ministerstwa [...]
  • Nie wyrzucaj książek, Podaruj Książkę!Wiele osób pyta nas o projekt “Podaruj Książkę”. Bardzo nas cieszy, że tak wielu z Polaków w Irlandii Północnej czyta książki i chce się nimi dzielić. Pierwszy zbiór książek zaskoczył [...]
  • Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego 201921 lutego to Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego, który upamiętnia pięciu studentów z uniwersytetu w Dhace w Bangladeszu, którzy w 1952 roku zginęli podczas demonstracji, w której domagano się nadania językowi bengalskiemu [...]

Magazyn dla Dorosłych i Dzieci w Irlandii Północnej – zapraszamy do lektury!

Legenda: O dwunastu miesiącach…

Interlinia+- AWielkość czcionki+- Wydrukuj artykuł
Legenda: O dwunastu miesiącach…

W chacie na końcu wsi żyła przed laty pewna gospodyni. Miała ona córkę Jagodę i pasierbicę Marysię. Marysia była dobrą, cichą dziewczyną, ale Jagoda była złośnicą. Marysia ubierała skromne, lecz czyste sukienki, włosy splatała w warkocze. Jagoda stroiła się w co najdroższe suknie, obwieszała się ozdobami, włosy upinała wymyślnie, ale o czystość nie dbała. Ludzie szczerze lubili Marysię, a Jagodę każdy wolał obchodzić z daleka. Oczywiście, ani macocha ani jej córka nie znosiły Marysi. Dlatego od długiego już czasu już myślały jak pozbyć się jej z chaty…
Nadszedł grudzień. Spadł śnieg, chwycił mróz, a ostre wiatry wywoływały długotrwałe śnieżyce. W taką właśnie okropną pogodę zawołała macocha na Marysię:
– Idź mi zaraz do lasu i fiołków przynieś. Niech się trochę weselej w chacie zrobi. I nie wracaj dopóki nie znajdziesz…

Zła kobieta myślała, że dziewczynka pójdzie na bezskuteczne poszukiwania i umrze z zimna na mrozie. Tak też pomyślała i Marysia, ale co miała robić? Macocha ją z chaty wypchnęła, rzuciła za nią koszyk i drzwi na klucz zamknęła.

Długo brnęła Marysia przez wielkie zaspy do lasu, kuląc się w zimnym wietrze. Gdy dotarła do drzew, zrobiło się zaciszniej, ale mróz szczypał nieznośnie. Przygnębiona dziewczyna wlokła się wolno od drzewa do drzewa, szukając nie fiołków, ale własnej śmierci.

Nagle zobaczyła ognisko płonące na polanie, a wokół ogniska dwunastu chłopów siedziało. Zlękła się obcych, ale tak bardzo była zmarznięta, że odważyła się jednak podejść i o zezwolenie na ogrzanie się poprosić. Podeszła, przywitała się grzecznie, a oni gościnnie miejsca przy ogniu jej ustąpili i o imię zapytali. Wtedy najstarszy, na szerokim pniu drzewa, na kształt tronu siedzący, zapytał:

– Cóż Cię to, Marysiu, przywiodło do lasu w taką pogodę?
– Macocha po fiołki mnie wysłała i mam się w chacie nie pokazywać, dopóki ich nie znajdę. – poskarżyła się dzieweczka.

Popatrzyli na siebie mężczyźni, a ów najstarszy rzekł:

– Nie martw się, córeńko, my jesteśmy dwanaście miesięcy i możemy ci pomóc w biedzie. I podniósł się ze swego miejsca Grudzień, bo on to był, i ustąpił swego miejsca młodziutkiemu Kwietniowi. I wtedy w oka mgnieniu śnieg stopniał, drzewa i krzewy zazieleniły się pąkami, a z ziemi wychyliły się świeże trawy i zioła.

– Idź, Marysiu, za tamtą sosnę, tam fiołków poszukaj – powiedzieli miesiące.

Nie czekała długo Marysia, skoczyła pomiędzy drzewa i nie minęło wiele chwil, jak z pełnym koszem do ogniska wróciła. Wtedy Grudzień wrócił na swoje miejsce na pniu drzewa. Gorąco dziękowała dziewczyna miesiącom, a ci rzekli na pożegnanie:

– Wracaj do domu, dobra dziewczyno, a jakbyś znów była w potrzebie, to przychodź do nas.

Niezmierne było zdumienie macochy i jej córki, gdy usłyszały stukanie do drzwi chaty, a otworzywszy drzwi do środka weszła Marysia z chmurą oszałamiającego zapachu kwiatów. Próbowały dopytać dziewczynę, gdzież to takie cudne fiołki znalazła, ale ona odpowiadała krótko, że po prostu w lesie rosły.

Minęło kilka dni, mróz chwycił jeszcze ostrzejszy, a macocha wymyśliła następne, trudniejsze zadanie dla dziewczyny. – Idź do lasu – rzekła – I nie wracaj bez poziomek dojrzałych. I pamiętaj, żebyś pełniutki dzban przyniosła.

Tym razem raźniej już Marysia biegła w stronę lasu, śpieszyła prosto do polany, na której ostatnio dwanaście miesięcy spotkała. Szybciej też niż poprzednio do celu dotarła.
– To ty, Marysiu? – spytał Grudzień? – Cóż cię tym razem do nas sprowadza?

Wyjaśniła dziewczyna po co ją macocha tym razem przysłała. Podniósł się wtedy stary Grudzień ze swego miejsca, a usiadł na nim smukły, śniady Czerwiec. I wtedy ponownie stopniały śniegi, zazielenił się las dookoła, rozświergotały ptaki.
– Idź, dziewczyno, pomiędzy tamte brzozy – powiedział Grudzień, – tam znajdziesz poziomki.

Posłuchała Marysia i oto całymi garściami mogła świeże, pachnące poziomki zrywać i do dzbana sypać. Gdy skończyła, podeszła do miesięcy z gorącymi podziękowaniami.
Wtedy Grudzień ponownie na swym miejscu siadł, a do Marysi tak powiedział:

– Wracaj Marysiu do domu, a gdybyś czegoś jeszcze kiedyś potrzebowała to przychodź do nas.

Jak poprzednio wróciła dziewczyna do domu, jak poprzednio macocha i przybrana siostra nie mogły wyjść ze zdumienia. Ale nie mogły niczego powiedzieć, bo Marysia z zadania się wywiązała. Wieczorem poziomki pomiędzy siebie dwie podzieliły i zjadły, a Marysi oczywiście nic nie dały.

Upłynęło znowu kilka dni. Myślała i myślała macocha jak tu się skuteczniej sieroty z domu pozbyć. W końcu wpadła na doskonały pomysł. – Jeśli ta dziewucha – myślała macocha – potrafiła w środku zimy przynieść kwiaty i owoce do domu, to może i pieniądze będzie potrafiła przynieść. Jeśli przyniesie, to powiększymy sobie gospodarstwo, kupimy pięknych sukien… A jeśli nie przyniesie, tylko zginie w lesie, to też dla nas dobrze. I jak pomyślała, tak zrobiła. Wezwała Marysię i przykazała jej iść do lasu po pieniądze, złote, srebrne i oby ich było jak najwięcej.

– I nie waż się wracać dopóki ich nie znajdziesz! – zawołała i zatrzasnęła drzwi za dziewczyną.

Co tchu pobiegła Marysia do dwunastu dobrych miesięcy i opowiedziała im o swoim nowym zmartwieniu. Zamyślił się stary Grudzień, a w końcu rzekł:

– Nachyl się, Marysiu, nad ogniskiem i weź do fartuszka trochę węgielków.

Zlękła się trochę dziewczyna. Bała się poparzyć, bała się fartuch i sukienkę spalić. Ale też wstydziła się nie posłuchać starszego, więc ostrożnie wybrała kilka węgielków z żaru ogniska i w fartuszek zawinęła. Pokłoniła się miesiącom, a Grudzień rzekł:

– Jeśli jeszcze raz macocha wyśle cię do lasu, to przyjdź do nas na stałe. Z nami zamieszkasz, nasze gospodarstwo pomożesz nam prowadzić.

Pobiegła więc Marysia do domu, pełna strachu, że jej sukienka w ogniu stanie. Bez tchu wpadła do chaty i na stół wysypała zawartość fartuszka. I oto zabrzęczało srebrzyście, a na stół złote monety się posypały.

Rzuciły się na pieniądze niegodziwe kobiety, oglądały, macały, liczyły… To na buciki, to na sukienki, to na chusty kolorowe, to na korale… A co na bursztyny, co na jedwabne poduchy, co na płaszcze futrzane?

– Tyle tylko przyniosłaś? – wrzasnęła macocha.

– Zabieraj się z powrotem do lasu, wszystkie mi tu zaraz przynieś!
Spojrzała na nią Marysia, obróciła się na pięcie i wyszła. Odeszła do lasu i już nigdy nie wróciła. Z dwunastoma miesiącami zamieszkała.

A macocha z Jagodą czekały do późna. Ale minęła noc, minął ranek i kolejne dni przeszły, a Marysi nie było widać. Powiada więc macocha do swojej córki:

– Widać zamarzła tam w lesie dziewucha. Idź teraz ty po pieniądze. Umiała ona przynieść, to i ty będziesz umiała. I nic się nie bój. Dobrze cię ubiorę, abyś zimna nie czuła, a i ciepłe bułeczki ze sobą weźmiesz, na wypadek gdybyś zgłodniała.
Jagoda ubrała więc ciepły kożuszek, wysokie buty z futerkiem, wełnianą chustą otuliła głowę i ramiona. W jedną rękę wzięła koszyk na pieniądze, w drugą torbę skórzaną, a na plecy jeszcze worek. A do tego spory kawał kołacza. I poszła.

Szła raźno, bo pogoda się poprawiła. Wiatr ustał, słoneczko zza siwych chmur wyjrzało, śnieżek drobny prószył. Szła Jagoda lasem i rozglądała się gdzie to te pieniądze leżą…
Wtedy zobaczyła ognisko na polanie i dwunastu mężczyzn wokół ognia…

– Witaj dziewczyno – wesoło zawołał Grudzień, – dokąd to idziesz? A może przysiądziesz się do nas?

Spojrzała Jagoda spode łba, a na życzliwe zapytanie Grudnia, odparła grubiańsko:

– Nie wasz interes, głupie dziady, dokąd idę… Nie zawieram znajomości z byle kim…
Rozgniewał się Grudzień, podniósł się ze swojego miejsca, na którym zaraz Luty usiadł. I nagle taki mróz ścisnął, aż drzewa i krzewy zaskrzypiały. Wicher się zerwał i sypnął śniegiem w oczy Jagodzie.

Myśli dziewczyna: – Do domu trzeba uciekać! I pędem zawróciła.

Ale wicher dął i dął, i wszelkie ślady zacierał. Nie było widać powrotnej drogi. Biegała Jagoda to w tę, to w tamtą stronę, ale wyjścia z lasu znaleźć nie mogła. Coraz większe rosły zaspy dookoła, coraz większa rozpościerała się gęstwina, dziewczyna brnęła w śniegu po kolana, coraz bardziej siły traciła, senność ją ogarnęła… Aż na śmierć umarzła…

Starą baśń polską opowiedziała Wszebora

0 komentarzy

Brak komentarzy Artykuł nie był jeszcze komentowany

Dodaj komentarz

Jako pierwszy Dodaj komentarz !

Only registered users can comment.

Inne_Czytelnia

Nie wyrzucaj książek, Podaruj Książkę!

Nie wyrzucaj książek, Podaruj Książkę!   0

Wiele osób pyta nas o projekt “Podaruj Książkę”. Bardzo nas cieszy, że tak wielu z Polaków w Irlandii Północnej czyta książki i chce się nimi dzielić. Pierwszy zbiór książek zaskoczył [...]

Panel użytkownika

Banner

Aktualne wydanie Naszego Expressu

Zapisz się do naszego newslettera!

Banner
Banner
Banner
Banner

Znajdź nas na Facebook’u

error: Zawartość strony jest chroniona!